Z miłości czy z rozsądku?

Tak naprawdę nikt nie wie dlaczego się w kimś zakochujemy. Jedni mówią, że to chemia, inni że przeznaczenie, a jeszcze inni że sami dokonują wyboru. Jednakże, każdy chciałby funkcjonować w szczęśliwym związku. Ale czy jest na to uniwersalna recepta?

Coraz więcej małżeństw kończy się rozwodem, coraz częściej nie chce nam się wkładać wysiłku, żeby nasz związek był satysfakcjonujący, jednocześnie deklarujemy, że miłość jest naszą największą wartością. O co więc chodzi? Czy można coś z tym zrobić?

Mój obecny związek jest moim trzecim poważnym związkiem w życiu i trwa najdłużej ze wszystkich. Ma swoje wzloty i upadki, ale nie wyobrażam sobie życia z kimkolwiek innym (nawet mimo, że się zdarzało, iż tego mojego męża wyrzucałam za drzwi 🙂 )

Każdy mój związek był inny ponieważ byłam na innym etapie w życiu i nie do końca wiedziałam czego szukam, i co jest dla mnie ważne. Teraz też jestem na innym etapie.

Pierwszy z nich był pod znakiem chorobliwej zazdrości męża, który chciał kontrolować każdy mój krok. Dałam się zdominować i straciłam większość przyjaciół. Kiedy zdecydowałam się na rozwód miałam przeciwko sobie prawie całą rodzinę, bo w „naszej najbliższej” rodzinie nikt się nie rozwodzi. No bo jak dziecko może się wychowywać bez ojca? Głusi na argumenty, że nie chcę, żeby moje dziecko miało taki przykład, i że będzie szczęśliwsze mając szczęśliwą matkę, niż wychowywanie się w atmosferze kłótni. Po latach okazało się, że miałam rację. Moja córka jest wspaniałą osobą, ma super kontakt z ojcem. My po latach też mamy całkiem niezłą relację, i tu z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest to w 90% moja zasługa.

Kolejny mój związek trwał jakieś trzy lata. W przeciwieństwie do ex-męża, mój partner był dla mnie bardzo dobry. Rozpieszczał mnie, doceniał i … jak dla mnie było za cukierkowo. Po związku z zazdrośnikiem, nie mogłam się odnaleźć w takiej rzeczywistości. Mimo, że marzyłam o kimś kto mnie będzie wspierał i był wpatrzony we mnie jak w obrazek, to jednak wewnętrznie nie byłam przygotowana na takie traktowanie i coś zaczęło uwierać. Rozstaliśmy się w dość nieprzyjemnej atmosferze.

Potem długo byłam sama, aż spotkałam swojego obecnego partnera. Poznaliśmy się w pracy i jesteśmy ze sobą już 10 lat. Mój mąż akceptuje mnie taką jaka jestem, nie przeszkadza mu, że zajmuję wysokie stanowisko, zarabiam więcej niż on i jestem niezależna. Mamy też swoje wady, z którymi uczyliśmy się funkcjonować. Bo jak pokazuje życie, nawet pedant z bałaganiarą mogą w miarę dobrze funkcjonować na 40m2. Dużo się od siebie nawzajem uczymy. Jakieś 5 lat temu wszystko zaczęło się sypać i w zasadzie byłam pewna, że kolejny raz będę musiała się rozstać.

Zaczęłam się zastanawiać, co takiego we mnie jest, że kolejny mój poważny związek chyli się ku upadkowi. Oczywiście najłatwiej byłoby obwiniać facetów, ale zdałam sobie sprawę, że to chyba jednak moja wina. Nie łatwo było przełknąć tą żabę, ale w końcu chodziło o szczęście moje i moich dzieci. Koleżanka mi doradziła, żebym poszła na terapię. Mierzyłam się z tym jakiś miesiąc, aż w końcu stwierdziłam, jak już ten związek ma się rozpaść, to chcę wiedzieć dlaczego.

Zaczęłam od pytania: co jest we mnie nie tak, że moje związki się rozpadają? Terapia trwała pół roku i jak to ja, nastawiona na rozwiązania byłam bardzo zdeterminowana, żeby dotrzeć do sedna. Odkryciem dla mnie było to, że boję się zaangażowania. Kiedy związek przechodził z fazy zakochania do tzw. prozy życia, gdzie opada kurtyna i trzeba mierzyć się z codziennością, po prostu szukałam pretekstów do utwierdzenia się w przekonaniu, że nie ma innego wyjścia niż rozstanie.

Kiedy to do mnie dotarło, nagle wszystko zaczęło się zmieniać. Komunikowanie wprost o swoich przemyśleniach czy uczuciach, znacznie zmieniło atmosferę na lepsze. Najpierw nieśmiałe próby, bo ciężko było zacząć mówić wprost, a potem już coraz śmielej. Ale oszczędza mi to rozczarowań jak sobie coś pomyślę i nie dostanę. Jak powiem i nie dostanę to przynajmniej wiem dlaczego. Oczywiście dalej nie jest cukierkowo i zdarzają się kryzysy, ale odbywa się to w atmosferze wzajemnego szacunku.

Nie ma w tym nic dziwnego, że każdy z nas marzy o romantycznych uniesieniach, o życiu jak w bajce. Wściekamy się, kiedy partner nie czyta nam w myślach i nie odgaduje czego chcemy w danym momencie. Ale czy na pewno chcemy, aby ktoś nam w tych myślach czytał? Oczywiście wybiórczo, bo czasami myślimy o czymś, czego partner nie powinien wiedzieć. Chcemy bajki, ale na własnych warunkach, czasami nie zostawiając miejsca na kompromis. A gdzie w tym wszystkim jest nasza druga połówka? Jak się w tym odnaleźć?

Ja swoją drogę do szczęścia odnalazłam poprzez odkrycie, co jest dla mnie ważne, jaka tak naprawdę jestem. Nie wszystko czego się o sobie dowiedziałam mi się podobało, ale chyba tak to już jest, że są takie rzeczy, które nam przeszkadzają. Kwestia akceptacji. Tak samo jest z partnerem, nie znajdziemy osoby, która w 100% nam będzie odpowiadać. Zawsze jest coś, co nam nie pasuje, czego nie lubimy. Moim zdaniem pytanie, które należy sobie zadać w takiej sytuacji to, czy jestem w stanie to zaakceptować? Jeżeli tak, to super, ale jeżeli nie, to otwarcie należy o tym powiedzieć i poczekać na reakcję partnera. Może sobie nawet nie zdaje sprawy, z tego że nam to przeszkadza. Po co sobie robić w głowie piekło?

Czy da się jednoznacznie odpowiedzieć na tytułowe pytanie: czy związek z miłości czy z rozsądku? Moim zdaniem nie. Ale można to pytanie przeformułować i zadać je np. tak: Czy akcpetuję siebie na tyle, żeby stworzyć z kimś związek oparty na szacunku? Albo czy znam siebie na tyle, żeby wiedzieć co jest dla mnie ważne? Lub po co mi tak naprawdę związek? Jeszcze kilka pytań przychodzi mi do głowy: czy lubię być sama ze sobą czy potrzebuję czyjegoś towarzystwa? czego oczekuję od partnera a czego od siebie? Na takie pytania należy odpowiedzieć sobie szczerze, bez koloryzowania. Chodzi przecież o nasze własne szczęście. Czy jest coś ważniejszego od nas samych?

Nie zmienimy nikogo na siłę, bo mimo, że pielęgnujemy w sobie takie złudzenia, to tak naprawdę nie mamy na to wpływu. Nie łatwo zaakceptować fakt, że jedyne na co mamy wpływ, to na siebie i od nas zależy jak będziemy funkcjonować w związku czy w życiu. Moim zdaniem, każdy związek zbudowany z niewłaściwych powodów jest skazany na porażkę. Rozglądając się wokoło widzę dużo osób, które są ze sobą nieszczęśliwe, ale trwają w nieudanych związkach. Częstymi odpowiedziami są: bo nie chcę być sama, bo chcę mieć dziecko… Nie oceniam nikogo, bo to ich życie i tylko oni wiedzą czym się kierują trwając w takich relacjach. Ale czy są szczęśliwe?

Czym zatem jest udany związek? Wg mnie, gdy każdy z partnerów jest sobą i umie się z tego cieszyć, kiedy nie ocenia i nie jest oceniany, kiedy może liczyć na wsparcie, gdy tego potrzebuje i może to wsparcie ofiarować.

Komentarze

  1. Trudna sprawa takie dopasowanie się nawzajem by mimo różnic charakterów i temperamentów trwać dalej w związku. Tak trzeba być sobą ale przede wszystkim trzeba umieć wypracować consensus i umieć tolerować nawzajem swe dziwactwa, humory, złe samopoczucia itd.
    Jestem też po rozwodzie – za obopólną zgodą – zdaję więc sobie sprawę z tego że nic nie jest łatwe ani proste gdy chodzi o związek dwojga ludzi o odmiennych charakterach. Nam nie wyszło dopasowanie się. Trudno widać tak miało być. Jedno jest pewne – gdybym drugi raz zaczynał, starałbym się tak samo by się udało i może byłbym właśnie przede wszystkim bardziej tolerancyjny dla odmienności tej „drugiej połowy”…
    Wspaniale że udało się Wam 🙂 i wierzę jak czytam wpis, że przetrwacie razem każdy kryzys -masz dobre podejście – rozsądne i konkretne, tak to określę, no i chyba optymalne w naszych realiach.
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

    1. Pozdrawiam również i życzę dużo miłości 🙂

  2. Prawdziwa miłość nie potrzebuje poznawać przyczyn powstałego uczucia, tak wiele czynników się na to składa, mniej lub bardziej świadomych decyzji i działań. Mam wrażenie, że najsilniej kochamy, kiedy jesteśmy w zgodzie w sobą samym, kiedy nie musimy niczego udowadniać, i kiedy dokładnie czujemy, że to właśnie to. 🙂
    Bookendorfina

Dodaj komentarz