Pociąg do Bukaresztu…

Dzisiaj z cyklu WPADKI I PRZYPADKI chciałam się z Wami podzielić historią dość niesamowitą, która wydarzyła się  bodajże w roku 1999. Zadziwiające w tym cyklu jest to, że kiedy go zaczynałam, wypisałam sobie w zeszycie kilka śmiesznych i przedziwnych zbiegów okoliczności, które byłam sobie w stanie przypomnieć. Jednak cały czas mając w głowie ten cykl co i raz przypomina mi się coś innego. Zaczęłam się nawet zastanawiać czy tylko mnie się to przytrafia czy inni też tak mają?

Zdarzyło się to późną wiosną, pamiętam, że było ciepło. Szefostwo wysłało mnie i kolegę z działu handlowego na rozmowy do Bukaresztu. Jako, że moja szefowa biła wszelkie rekordy skąpstwa, więc musieliśmy jechać pociągiem. Połączenia były tylko nocnym pociągiem do Budapesztu i znów nocnym do Bukaresztu. Tak samo w drodze powrotnej. Czekały nas cztery noce w pociągu, ale dwa pełne dni w stolicy Węgier i pół dnia w stolicy Rumunii. Zawsze to jakiś plus, bo mogliśmy sobie pozwiedzać. Szefowa się wściekła, bo diety zagraniczne trzeba było zapłacić 🙂

W Krakowie na Dworcu Głównym kupiłam sobie kasetę do walkmana. Byłam szczęśliwa bo to był nowy album Offspring – Americana. O CD jeszcze nie słyszałam. Podróż do Budapesztu przebiegła spokojnie, pierwszy dzień zwiedzania również. Wieczorem, kiedy załadowaliśmy się do naszych wagonów sypialnych w pociągu do Bukaresztu byłam tak zmęczona całodziennym chodzeniem, że padłam na łózko i przed zaśnięciem chciałam sobie posłuchać swojego nowego nabytku. Z tego zmęczenia kaseta mi się wyślizgnęła i wpadła za łóżko. Ale w pociągu wszystko przykręcone, pociąg przyhamował i kaseta się tak przesunęła, że nie było szans jej wyciągnąć. Nie chcecie słyszeć jakimi bluzgami rzucałam i jakie akrobacje wyczyniałam, żeby tą kasetę wyciągnąć. Nie udało się, a ja z tej rozpaczy się popłakałam i zasnęłam. Jeszcze rano próbowałam, ale bezskutecznie.

Rano opowiedziałam koledze i nawet on próbował mi pomóc, ale się nie udało. Dojechaliśmy do Bukaresztu, gdzie z dworca odebrali nas przedstawiciele rumuńskiej firmy. Pół dnia spotkań, a kolejne pół zwiedzania. Pospacerowaliśmy po centrum miasta i pamiętam, że zaskoczyły mnie tłumy ludzi na ulicach i kierowcy, którzy jeździli jak chcieli. Przez te kilka godzin widziałam chyba z pięć stłuczek samochodowych.

Dotarliśmy w końcu na dworzec i zapakowaliśmy się do pociągu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zdałam sobie sprawę, ze znajduję się w tym samym wagonie, którym jechałam do Bukaresztu. A jeszcze większe zdziwienie mnie ogarnęło, gdy znalazłszy swój przedział okazało się, że to dokładnie ten sam, w którym już spałam. Nie robiłam sobie zbyt wielkich nadziei, ale zajrzałam za łóżko, a tam MOJA KASETA. Sięgnęłam ręką i udało mi się ją wyciągnąć. Widocznie postukało pociąg na bocznicy i tak się przesunęła, że tym razem nie było problemu.

Chyba nigdy wcześniej nie miałam większego banana. Śmiałam się w głos i nie wierzyłam w swoje szczęście. 

Cała noc i cały następny dzień upłynął w cudownym nastroju. Kiedy nasza podróż dobiegła końca i wsiedliśmy do pociągu do Krakowa, zdarzyło się coś czego nie zapomnę do końca życia, bo to była niezła lekcja.

Wagon nasz nie był sypialny i miejsce miałam przy oknie, kolega obok, a miejsc w rzędzie cztery. Po przeciwnej stronie przy drzwiach siedział starszy Pan – Węgier, a obok niego młoda dziewczyna – również Węgierka. Nie byli razem, to wiem na pewno. Dziewczyna przysypiała i nie była zainteresowana rozmową, a starszy Pan do niej nawijał i nawijał. Patrzyliśmy tak na nich i zaczęliśmy komentować: że taki stary a podrywa młodą laskę, że dałby dziewczynie spokój, bo jej się nie chce mówić nawet, że zastanowiłby się nad sobą…. i mniej lub bardziej obraźliwe komentarze. Kiedy dojechaliśmy na dworzec w Miszkolcu, Pan wstał do wyjścia i powiedział po polsku: Życzę Państwu miłej podróży do Krakowa. 

Nigdy w życiu nie czułam się bardziej głupio, niż w tamtym momencie. No bo gdzie język węgierski do polskiego, nawet nie jest podobny. Nie pomyślałam, że ktoś mnie zrozumie. Wierzcie mi, że od tamtego zdarzenia, gdziekolwiek jestem na świecie i widzę coś dziwnego, co robią ludzie, już nie komentuję. Nie wiadomo, kiedy ktoś nas może zrozumieć 🙂 

Komentarze

  1. O kurcze, no niezła przygoda 😀 Zwłaszcza z tym starszym panem. Miałam podobną sytuację w Hiszpanii, gdzie okazało się, że sprzedawczyni mieszkała 10 lat w Polsce i mówiła po polsku. Pozdrawiam <3

  2. Trochę śmieszna sytuacja z tym Panem 😀 Zawsze trzeba uważać – jest plus, że nigdy więcej Was nie spotkał, a mógł się okazać na przykład Waszym przysżłym szefem ( jak w Ukrytej Prawdzie) 😀

    1. Po tylu latach, nadal to pamiętam jak dziś 🙂 Te ćwiczenia mięśni brzucha masz fajne, sama muszę zacząć bo wiosna idzie 🙂

  3. Zdecydowanie zakochałam się w Twoim blogu! Mi tak kiedyś wpadł telefon w tą szczeline w pociągu jezus jak sobie przypomne jak bardzo sie zestresowałam! W gimnazjum byłam jechaliśmy na zieloną szkołe i wiedziałam ze mama mnie zabije jak w taki sposob strace telefon ale na szcześcię tak grzebałam w tym siedzeniu ze się udało ten telefon wyciągnąć taka ulga to była, że potem całą podróż spędził w moim plecaku XD

    1. Też niezła historia, zwłaszcza jeżeli chodzi o telefon 🙂 Moja córka była mistrzynią gubienia telefonów, straciła ich niezliczoną ilość niestety 🙁

  4. Ale miałaś farta z tą płytą. Niezła historia z tym panem.

    1. sama w to nie mogę uwierzyć 🙂

Dodaj komentarz