Oswoić zmianę…

Zmiana… nieodłączny element naszego życia. Jest tak samo pewna jak śmierć i podatki 🙂 Mimo, że jest tak oczywista, czasami budzi w nas lęk, a czasami wręcz przerażenie. Rzadko jednak przyjmujemy ją z otwartymi rękami. Czemu się tak dzieje? Co powoduje, że dla jednych jest wyzwaniem, a dla innych przeszkodą nie do pokonania?

Każdy z nas funkcjonuje w swojej własnej rzeczywistości. Lepszej lub gorszej, ale własnej. Nawet do bardzo kiepskiej jesteśmy się w stanie przyzwyczaić i w niej sprawnie funkcjonować, usprawiedliwiając się nawet przed samą sobą. Zrzucając odpowiedzialność na partnera („to jego wina, bo to on się tak zachowuje”), pracę/szefa („jak bym zmieniła pracę to by było lepiej, bo w ogóle się nie realizuję”, „jak by mi szef dał tylko podwyżkę, to by było mi lepiej”), rodziców („to ich wina, że mnie tak wychowali”), pogodę, okoliczności, sąsiadów…. winnych naszej sytuacji jest bez liku…

Łatwiej jest nam narzekać niż coś zmienić. Bo nowe oznacza nieznane, może gorsze, może spadniemy z deszczu pod rynnę i już lepiej trwać w tym, co jest. Tu przynajmniej wiemy czego się możemy spodziewać. Szef beznadziejny? Kiedy rozpoznajemy jego humory, uczymy się jak mu schodzić z drogi! Partner pijany? Chodzimy na paluszkach, żeby go przypadkiem nie rozzłościć! Mąż znajduje sobie kochankę? Błagamy, żeby nas nie zostawiał z obawy przed samotnością!

Kurde, a co z szacunkiem do samej siebie? Czy należy go pogrzebać na cmentarzu straconych marzeń o świetnej pracy i kochającym mężu? W imię czego mam to robić? Bo mi wpajano, że wychodzenie przed szereg nie wypada? Bo kobieta powinna być potulna i znosić wszelkie niedogodności. Przecież jak się nie uda, to będzie wstyd. A tego każdy z nas chce uniknąć. Moja mama zwykła mówić: „A jak cię zwolnią?” Działo się to za każdym razem, kiedy mówiłam, że się posprzeczałam z szefem, albo wyraziłam swoją opinię o czymś. Słysząc coś takiego, nie zdarzyło mi się nie zwątpić w słuszność swojej postawy, ale zazwyczaj przywoływałam się do porządku i robiłam po swojemu.

Mówią, że przyzwyczajenie drugą naturą człowieka i jest w tym dużo prawdy. W tym co znane czujemy się bezpiecznie. To nieważne, jak poparaną mamy sytuację, ale jest nam ona znana. Zmiana wymaga odwagi, konsekwencji i determinacji. Często nam się wydaje, że tych cech nie posiadamy w sobie, ale ja wierzę, że każdy z nas je ma. Czasami potrzebuje tylko wsparcia i dobrego słowa. Potrzebuje wysłuchania bez ocen.

15 lat temu, kiedy podejmowałam decyzję o rozwodzie, była to bardzo duża zmiana dla mnie. Tym bardziej, że zaraz po tym podjęłam decyzję o przeprowadzce do Warszawy – oddalonej o 300 km od mojego miejsca zamieszkania. Miałam tysiące wątpliwości czy jest to dobra decyzja. Mąż – chorobliwie wręcz zazdrosny, skutecznie pozbawił mnie znajomych, po alkoholu zdarzało się, że stawał się agresywny – nie raz zbierałam potłuczone szkło z podłogi. Na zewnątrz wszystko wyglądało super, kochający, zabawny, przystojny, pracuje, ma dom… „Czego ja chcę?” Pytali po kolei rodzice, znajomi, rodzina… A ja marzyłam o spokoju, karierze, innym, lepszym świecie… „A jak ci się nie uda?” „Jak już zostaniesz sama, bo z dzieckiem nie będzie ci łatwo?”… Całe życie wywróciłam do góry nogami: małżeństwo, zmiana miejsca zamieszkania, zmiana pracy, przedszkole dla dziecka… 

Długo się przygotowywałam do zmiany… najpierw zrewidowałam na chłodno moje możliwości. Nie chciałam wracać do rodziców, bo mieszkali za blisko i w zasadzie życia bym nie miała. Trzeba było pomyśleć o przeprowadzce do innego miasta – najbliżej był Kraków, ale to też okazało się za blisko, tym bardziej, że mój ex tam pracował. Padło na stolicę :-). Zabrzmiało to i ekscytująco, i przerażająco. Nikogo w Warszawie nie znałam, nie mieliśmy tam żadnych krewnych, a ja sama z dzieckiem. Ekscytacja wzięła górę. Zabrałam się za poszukiwanie pracy i o dziwo znalazłam ją w trzy miesiące. Bałam się, że nie podołam, że znajomość angielskiego nie będzie wystarczająca, że sama nie dam rady… Kiedy nadszedł dzień przeprowadzki, to najchętniej wymazałabym go z pamięci… Tylko moje przyjaciółki i bracia mnie wspierali, a reszta wróżyła porażkę i szybki powrót z podkulonym ogonem. Udało się i teraz jestem szczęśliwa.

Z perspektywy czasu, czy jest coś co zrobiłabym inaczej? Tak. Czy podjęłabym inną decyzję? Nie.

Co zrobiłabym inaczej? Odpowiedziałabym sobie na poniższe pytania:

  1. Co jest dla mnie w życiu ważne? Jakimi wartościami się kieruję?
  2. Jak bardzo siebie akceptuję? Czy lubię być sama ze sobą?
  3. Co dla mnie oznacza moje szczęście?
  4. Czego naprawdę się boję? Co mnie hamuje i jak mogę to pokonać?
  5. W czym jestem dobra? Jakie są moje mocne strony?
  6. Co fajnego może mnie spotkać jak otworzę się na zmianę?

Ja sobie tych pytań nie zadałam i raczej szłam na żywioł, bo pomimo tego, że zrewidowałam swoje możliwości, to nie zadbałam o emocjonalną stronę siebie. W jakiś sposób się odcięłam od emocji i to był mój największy błąd, bo przeżywałam wszystko ze sporym opóźnieniem. Szczerze odradzam takie podejście, chyba że to najlepsze znane nam wyjście.

Wszystkim stojącym przed takimi wyzwaniami polecam kartkę i długopis i zapisanie odpowiedzi na powyższe pytania. Bo czy można dać komuś szczęście, samemu nie będąc szczęśliwym? Absolutnie niemożliwe!

Komentarze

  1. Bardzo dobry wpis. Jak zawsze 🙂 Owszem do zmiany trzeba mieć odwagę – bez tego ani rusz.. I rzeczywiście warto zrobić taki rachunek „zysków i strat” – co mi da zmiana, dlaczego warto ją zrobić i najważniejsze czemu jej się nie bać…

    1. Dzięki 🙂 Kiedy mówimy o dużych zmianach warto wziąć pod uwagę wiele czynników, ale też ważne co nam podpowiada serce i ciało. Bo głowa wszystko racjonalizuje.

  2. Wpis jak zwykle „słowem w sendo” – świetny !

Dodaj komentarz