Jak dawać mądre rady?

Co byś zrobiła na moim miejscu? Myślisz, że mam rację? A jak uważasz? Albo jeszcze lepiej: gdybym była Tobą to zrobiłabym tak … Brzmi znajomo? Założę się, że tak. Sama lubiłam tak mówić. Jak się tego pozbyłam?

Zanim zrozumiałam, że nie na tym polega dawanie rad popełniłam mnóstwo błędów i czasami aż dziw bierze, że ludzie się ode mnie nie poodwracali. Wierzę, że to dlatego, że mimo wszystko robiłam to z empatią.

Ale nie o to tu chodzi, chociaż empatia jest oczywiście bardzo ważna. Przede wszystkim dotarło do mnie, że ludzie tak naprawdę nie oczekują porady. Chcą się wygadać, chcą żeby ich ktoś wysłuchał i wyraził zainteresowanie, żeby poczuli się ważni.

Przyłapałam się na tym, że pytana o radę zdarzało mi się jej udzielać w sposób, który dla mnie był korzystny, a nie dla pytającego. Najcześciej działo się to w sytuacjach zawodowych, kiedy pytana o ścieżkę kariery albo o pomoc w podjęciu decyzji zawodowej zastanawiałam się czy dla mojej firmy będzie korzystne kogoś zatrzymać na danym stanowisku czy pomóc mu się rozwinąć. Najczęściej po fakcie dopadał mnie kac moralny, ale sobie to tłumaczyłam, że zrobiłam to dla dobra firmy. Bzdura!

W sytuacjach prywatnych również miałam setki złotych rad, bo sama mam spory bagaż doświadczeń, no i wiedziałam lepiej. A jak mnie to wkurzało, jak moje koleżanki tych rad nie słuchały i dalej tkwiły w kiepskich związkach, albo w kiepskiej pracy!

Jak doszłam do zmiany podejścia? Do końca nie jestem w stanie tego wyartykułować, ale zadałam sobie sprawę ze swojego zachowania po kłótni z córką, która powiedziała coś takiego: „Chcę to zrobić po swojemu. Daj mi popełniać moje błędy. Jeżeli coś mi się nie uda, to mnie a nie Tobie”. Męczyłam się z tym chyba z tydzień zanim mnie olśniło. Przecież chciałam tylko pomóc a tu tak niewdzięczność. Masakra!

Od tamtego momentu pytana o radę zadaję pytania, bo ludzie najlepiej wiedzą co jest dla nich odpowiednie. A ja nie jestem w ich życiu i wiem tylko tyle ile sami mi chcą powiedzieć. Nie jest łatwo tak całkiem się wyzbyć nawyku ‚dobrej rady’, ale pracuję nad tym intensywnie.  I tak ostatnio mojej przyjaciółce, która się wdała w romans z żonatym facetem (sama też ma męża i dwie córki) zadałam cały szereg pytań: co jest dla Ciebie dobre? kogo tak naprawdę kochasz? czy jesteś w stanie sprostać konsekwencjom jakie się wiążą z rozwodem? w jaki sposób zamierzasz powiedzieć o tym dzieciom? i wiele innych, które skłoniły ją do refleksji nad sobą i w efekcie podjęła decyzję o zakończeniu romansu.

Fajne są również tzw. pytania kartezjańskie:

  1. Co się stanie, jeśli to zrobisz?
  2. Co się NIE stanie, jeśli to  zrobisz?
  3. Co się stanie, jeśli tego NIE zrobisz?
  4. Co się NIE stanie, jeśli tego NIE zrobisz?

Polecam bo w ten sposób nasz rozmówca czuje się ważny, a jednocześnie czuje się autorem swoich własnych rozwiązań. Wtedy jest większa szansa, że zastosuje swoje własne pomysły. A my? Czy naprawdę chcemy wziąć odpowiedzialność za to czy nasz przyjaciel zrobi to co mu poradziliśmy? On sam najlepiej wie co jest dla niego najlepsze.

Pamiętajmy, czasami najlepszą radą jest po prostu zaoferować uważne słuchanie!

Jeżeli spodobał ci się ten post udostępnij go swoim przyjaciołom

Dodaj komentarz