Bez prawa jazdy…

Czasami trzeba uwierzyć w swoje szczęście, nawet jak wszystko wygląda beznadziejnie. Wiara, że wszystko się uda, nie raz sprawiła, że wyszłam z tarapatów obronną ręką. Uczyłam się przez to pokory, przecież nie zawsze zawsze tak musi być. Chociaż jak taki typowy kot, zazwyczaj spadałam na cztery łapy, to gdzieś tam z tyłu głowy jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mi, żeby przez to szczęście nie stać się arogancka.

W piątkowym cyklu Wpadki i Przypadki chciałam Wam opowiedzieć, o historii, która mi się przytrafiła w roku 1999, na wiosnę. Pracowałam wtedy w dziale handlowym w małej firmie polsko-węgierskiej. Od czasu do czasu musiałam więc jeździć na delegacje do klientów. Nie lubiłam tego, zwłaszcza, że współwłaścicielka firmy miała zawsze bardzo duży problem z wydaniem samochodu służbowego (co w tej sytuacji było paradoksem). Zawsze sprawdzała stan licznika i paliwa, a potem sobie wyliczała ile czasu powinna zająć podróż, żeby przypadkiem nie wypłacić więcej diety, niż powinna. Dodam, że dieta krajowa i tak była głodowa. W sumie wiele się od tego czasu nie zmieniło.

Był już wieczór, kiedy wracałam z takiego wyjazdu, padał deszcz i byłam juz zmęczona. Po drodze zgarnęłam brata z domu kolegi. Braciszek usilnie mnie namawiał, żebym dała mu się przejechać po tej wiejskiej drodze (‚bo tata mi daje’, ‚bo to nie pierwszy raz, kiedy będę wjeżdżał do domu’, ‚przecież muszę ćwiczyć, żeby się nauczyć jeździć’ i wiele innych argumentów…) Dodam, że braciszek miał lat 12. Zresztą sama miałam lat 21, więc tak naprawdę wyobrażenie o konsekwencjach prawie zerowe.

Mieszkałam wtedy z rodzicami i kiedy podjechaliśmy do dom, skręciłam na podjazd z drogi głównej i pozwoliłam mu się przesiąść. Do przejechania miał dosłownie 60m. Po prawej stronie drewniany płot, po lewej drzewa. No i ten mój brat wsiadł za kierownicę, a że nie zauważył, że była skręcona w prawo, dodał gazu i w ten płot wjechał. Jakież było moje zdziwienie. Przez chwilę patrzyłam z otwartą buzią niezdolna by cokolwiek powiedzieć. Szybko się jednak opanowałam i kazałam mu się przesiąść na stronę pasażera, wsiadłam za kierownicę wycofałam i zajechałam na podwórze.

Z domu wybiegł wujek, który akurat u nas był, dziadek i mama. Wszyscy zaczęli się się rozglądać co się stało i nietrudno było zauważyć, że płot jest przechylony. Dziadek wysnuł teorię, że ktoś w jechał w płot, potem wycofał i uciekł. My oczywiście się nie przyznaliśmy do winy, ale dociekliwy wujaszek powęszył na miejscu zbrodni i znalazł kawałek plastiku, który odpadł od samochodu. Podszedł do samochodu, pooglądał i od razu zauważył lekkie wgniecenie i brak tego plastiku. To był dostawczy Citroen, modelu nie pamiętam, ale podobny do dzisiejszego Berlingo. Wujaszek otworzył maskę od wewnątrz wypchnął ta blachę i wpiął ten plastik (wujaszek to raka rodzinna złota rączka 🙂 więc dał radę). Ale lekkie wgięcie i zarysowanie było widać.

W domu oczywiście awantura, ja zestresowana przed jutrzejszym przyznaniem się do winy w pracy. Ta wizja mnie przerażała, zwłaszcza, że pokrycie kosztów z pensji, która wtedy wynosiła jakieś 600 zł brutto, była bardzo bolesną wizją. Kiedy rano się zebrałam do pracy, z duszą na ramieniu, byłam blada jak trup. Oddałam samochód i czekałam na szefową, która zwykle przyjeżdżała ok godz. 10. Samochód ode mnie wziął kolega, który gdzieś tam musiał pojechać. Kolega, starszy pan już na emeryturze, ale wielki fachowiec w swoim zawodzie, nic nie zauważył.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy po godzinie od jego wyjazdu dostajemy telefon w biurze, że miał stłuczkę na światłach. Wjechał w tył jakiegoś samochodu dokładnie tą stroną, którą dzień wcześniej mój brat w płot. Nie mogłam uwierzyć w taki zbieg okoliczności!!! To był wręcz nieziemskie. Odetchnęłam z ulgą. Tak wielką, że trudno to sobie wyobrazić.

Komentarze

  1. No zbieg okoliczności niesamowity! 🙂
    Bardzo dobrze że nic się nikomu nie stało… No bywa – człowiek młody to i nie pomyśli o konsekwencajch. Gorzej jak starszy i dojrzalszy podobnie postąpi… A przecież i tak bywa…

Dodaj komentarz